Nie chce mi się pisać, co wydarzyło się od czasu ostatniego postu. To nie ma sensu.
Sebastian wyjechał do Niemiec. Znowu. Przez to jestem zdołowana, nic mi się nie chce, denerwuję się na każdym kroku. Dziewczyny się mnie nie słuchają.
Jest mi ciężko. Miałam czas, żeby się psychicznie przygotować na jego wyjazd. Żeby się z tym oswoić. Ale tak bardzo odkładałam to na potem, że Sebastian wyjechał, a ja dalej z tym się nie oswoiłam. Tkwię w jakimś dziwnym zawieszeniu. Tęsknota mnie przerasta. I właśnie teraz, jak na złość, dzieci najbardziej mi dokuczają. Nie chcą się mnie słuchać, pyskują...
Potrzebuję terapii. Takiej, która pomoże mi uporać się z tym wszystkim. Pomyślałam, że może to być pisanie. Kiedyś pisałam pamiętnik, ale z niewytłumaczalnego powodu, przerwałam pisanie. Może blog mi pomoże. Może gdzieś tam znajdzie się ktoś, kto takie coś lubi czytać.
Chcę wreszcie poradzić sobie z tym wszystkim-z tym, że Sebastian wyjechał; z tym, że on nigdy się nie zmieni i nie przestanie robić ze mnie niewolnicy... Nie wiem, dlaczego do niego wróciłam. Nie wiem. Wiem jedno-zbyt mocno go kocham, żeby odejść. Bo nie mam sił do tego. Bo czasem jest tak, że jest dla mnie czuły, kochany... A czasem kłóci się ze mną bez powodu, wyzywa mnie... I nie mam sił, żeby go zostawić. Nie mam. To jest silniejsze ode mnie. Nie dopuszczam do siebie myśli, że może flirtować z jakimiś pannami, kiedy jest z kolegami w pubie, że może mnie zdradzić... Ja wciąż chcę wyobrażać sobie, że jest tym cudownym chłopakiem, który kiedyś powiedział mi w szatni mojego LO, że pomoże mi i dziecku i że zajmie się nami; że jest tym kochanym facetem, który z przekonaniem powiedział o tym, że nie każdy zakochuje się w tej drugiej osobie, tylko miłość przychodzi z czasem; że jest tym kochanym mężem, który śmiało planuje budowę domu...
Mam go przed oczami-wysoki, opalony, umięśniony, w zielonych dżinsach i koszulce w kratkę, z czarną czapką na głowie. Żegna się z dziewczynkami na podwórku u moich rodziców. Prosi je, żeby były grzeczne dla mnie, wsiada do auta, mijając mnie, woła "Nie dałaś mi buziaka!". Wysiada z auta, tuli mnie i całuje, ale nie patrzy na mnie, tylko wciąż na dzieci. Mówi, że zadzwoni, jak dojedzie na miejsce, wsiada do auta i odjeżdża. Tak naprawdę, płakałam dopiero w domu, nie u rodziców ale u siebie. Po dwóch dniach.
W sercu mnie kłuje na myśl, że wróci dopiero w sierpniu na tydzień. I potem znowu zniknie. Serce wyje z rozpaczy, kiedy pomyślę, że jest zdolny do zdradzenia mnie. Bo tak powiedział niedawno. Że gdyby jakaś piękna dziewczyna chciała z nim to zrobić, to nie wahałby się....
Wiem, że jedyną radą na to, jest to zignorować i zrobić wszystko, żeby nie zwracał na inne uwagi. Łatwo to komuś powiedzieć. Zawsze starałam się dobrze wyglądać. Niejednokrotnie mówił, że jak dla niego, to lepiej wyglądam bez makijażu.
Przecież zawsze mnie tuli do siebie, całuje, lubi głaskać po całym ciele... I mimo, że kiedy pokazuję mu, co chcę kupić, to upiera się że mi to nie pasuje, ale potem mi to kupuje i przyznaje mi rację.
Wiem, że mnie kocha. I wiem, że męczy go bycie mężem i ojcem. Że chce od tego uciec, wrócić do swojego poprzedniego życia- łatwe dziewczyny, nielegalne pieniądze i używki. Kiedyś, po pijaku, powiedział kuzynowi, że "Pusia to mój Anioł-gdyby nie ona, to siedziałbym pewnie w więzieniu z kolejnym wyrokiem".
To piękne słowa. Budujące. Tylko dlaczego podcina skrzydła temu Aniołowi? Dlaczego nie pozwala mi wychodzić z koleżankami do pubu? Dlaczego do tej pory nie mogę zrobić żadnych studiów? Dlaczego nie mogę iść do kosmetyczki, do fryzjera? Tłumaczy to brakiem pieniędzy. Ale ja wiem, że to zazdrość. Chora zazdrość. I z tej zazdrości sam wychodzi do pubu, wrócił do palenia papierosów, popala trawkę... Nie wiem już, co z tym wszystkim zrobić...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz